MICHAŁ STANECKI
– rocznik 1974, od 2010 roku członek Okręgu Łódzkiego ZPFP. Obecnie to właśnie przyroda jest jego największą pasją i każdą wolną chwilę spędza w terenie. Nie zawsze z aparatem, często z lornetką. W wielu wyprawach poświęconych odkrywaniu nowych miejsc towarzyszy mu pies – labrador imieniem Nesta i jak sam mówi: „To pies z energią 10, a agresją 0 (zero)“. W wolnych od przebywania w terenie chwilach lubi pograć na gitarze, bawiąc się jej brzmieniem, obejrzeć mecz ligi angielskiej, „bo to najlepsza piłka na świece”, poczytać książki o wysokogórskich i podróżniczych wyprawach (m.in. Jerzego Kukuczki, Anny Czerwińskiej, Jacka Pałkiewicza czy Marka Kamińskiego). Gdy nie trapią go kontuzje, biega. Na swoim koncie ma ponad 2 tysiące kilometrów (przyp.red. do stycznia 2014). Zaliczył wiele biegów na 10 km, a także kilka półmaratonów. Zapraszamy na wywiad z Michałem oraz na jego stronę: www.michalstanecki.com, która cały czas jest w trakcie przebudowy, ale można tam już zobaczyć kilka naprawdę ciekawych zdjęć.
 
/misia/: Jak dowiedziałeś się o ZPFP i jak do nas trafiłeś? Opowiedz trochę o swoich początkach z fotografią przyrodniczą.
/Michał Stanecki/: O związku powiedział mi kolega, który członkiem nie jest, ale związkowi kibicuje. Przyszedłem na jedno z zebrań w 2009 roku, a potem na kolejne. Pooglądałem trochę zdjęć, posłuchałem innych zapaleńców i stopniowo wciągałem się coraz bardziej. Zdjęcia zacząłem robić w szkole podstawowej. Pamiętam mój pierwszy prawdziwy plener, którym był wyjazd do Szczyrku mocno zasypanego śniegiem. Pamiętam wieczory, które później przesiedziałem nad powiększalnikiem w zaciemnionej łazience. To była zabawa. Jakieś 10 lat temu zacząłem fotografować przyrodę. Sarny fotografowane szerokokątnym obiektywem wyglądały na zdjęciach jak małe kropki [uśmiech]. Potem z pierwszym „tele“ było już łatwiej, choć brakowało terenowego doświadczenia. W zasadzie to nigdy nie przestałem się uczyć i wiem też, ile jeszcze przede mną.
/m/: Masz to szczęście, że posiadasz kawałek swojego własnego, leśnego terenu w sąsiedztwie doliny Neru. Jak spędzasz tam czas, jak wypoczywasz, kiedy uciekasz od cywilizacji?
/M.S./: Tak, od dwóch lat jestem „działkowcem”, ale nie uprawiam szczypiorku, a po prostu oddycham pełną piersią, zostawiając za sobą miasto i pracę. Traktuję ten malutki kawałek lasu jako doskonałą możliwość zbliżenia się i obserwowania ptaków. Ale, odpoczywając, nie potrafię siedzieć w miejscu. Działkę traktuję jako bazę wypadową do eksploracji okolicy i samej doliny Neru, której kolejne odcinki coraz lepiej poznaję.
/m./: Ważną rolę w Twoim życiu odgrywają podróże. Na swojej stronie pokazujesz dużo zdjęć ze Skandynawii. Dlaczego lubisz te miejsca?
/M.S./: Zawsze chciałem zobaczyć Północ. Duże wsparcie w planowaniu i organizacji wypraw dostałem od mojego teścia, który przepracował w Skandynawii kilkanaście lat. To on był motorem napędowym moich wyjazdów. Pierwsza była wyprawa przez Danię i Szwecję do Norwegii. Za cel obrałem ptasią wyspę – Runde, położoną na południowy zachód od Alesund. Runde jest jedną z większych norweskich wysp ptasich na południu tego kraju. Na jej klifach znajdują się kolonie maskonurów, głuptaków i innych morskich ptaków, których żyje tam około pół miliona. Z tych samych klifów rozpościerają się również niesamowite widoki na morze i sąsiednie wyspy. Po powrocie z Runde wiedziałem, że do Norwegii muszę wrócić. Celem kolejnej wyprawy było dotarcie w najdalsze, północne regiony naszego kontynentu. Tym razem trasa prowadziła przez Finlandię na krańce Norwegii. W planie było odwiedzenie położonych za kołem podbiegunowym wysp Vardo i Hornoya, a także eksploracja półwyspu Varanger i ujścia rzeki Tany. Podróż po wybrzeżu Morza Barentsa była niezapomnianym przeżyciem. Dziewicza przyroda, ogromne ilości ptaków, ogromne otwarte przestrzenie i bardzo mało ludzi – to największe zalety tych magicznych miejsc. Przyroda jest tam dosłownie na wyciągnięcie ręki. Ptaki, które nie mają zaszczepionego lęku przed człowiekiem, pozwalają się obserwować z odległości u nas zupełnie nieosiągalnych. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wrażenia związane z dniem polarnym. Będąc tam w czerwcu, można fotografować praktycznie przez całą dobę, czego wynikiem jest brak czasu na tak przyziemne czynności jak choćby spanie [uśmiech]. Po tych północnych doświadczeniach chciałoby się pojechać jeszcze dalej. Ale to już nie będzie takie łatwe ...
/m./: Niektórzy znają Cię jako aktywnego człowieka w dziale edukacji przyrodniczej, dla dorosłych i dla dzieci. Opowiesz nam o tej działalności?
/M.S./: Stawiam sobie za cel otwierać ludziom oczy na naszą fantastyczną przyrodę. Z moich doświadczeń wynika, że ludzie nie widzą otaczającego ich świata. Ze znanych im ptasich gatunków potrafią wymienić: gołębia, srokę a czasami sikorkę lub wróbla. A np. sarny „na żywo” nie widzieli nigdy. Wiele z takich osób po zobaczeniu zdjęć przyrodniczych zaczyna widzieć i zmienia się w obserwatorów i sprzymierzeńców przyrody. Pytają mnie, co i gdzie można zobaczyć. Nie chcą wierzyć, że niespełna pół godziny jazdy od Łodzi można obserwować bieliki, bociany czarne czy jelenie w trakcie rykowiska. Oczywiście takich informacji nie zdradzam przypadkowym osobom. Początkującym polecam zacząć od spacerów do miejskich parków, w których można zobaczyć wiele gatunków ptaków. Kupują lornetkę, atlas i ruszają w teren. Niektórzy, na działkach czy nawet balkonach, wieszają karmniki i budki lęgowe, bo chcą być bliżej natury. I właśnie takie, bardzo pozytywne reakcje ludzi pokazują mi, że warto prowadzić taką przyrodniczą edukację. A zdjęcia, które im pokazuję są doskonałym narzędziem do przekazania tego pierwszego impulsu. Od dwóch lat prowadzę prelekcje poświęcone przyrodzie dla dzieci z młodszych klas szkół podstawowych. W trakcie dwugodzinnych zajęć pokazuję zdjęcia, opowiadam o tym, jak zostać tropicielem zwierząt i obserwatorem przyrody i jak świetną to może być zabawą. Jest przy tym okazja powiedzieć, jak należy zachowywać się w lesie, co można, a czego robić nie wolno. Dzieci słuchają tych przyrodniczych opowieści z szeroko otwartymi oczami i ich bardzo entuzjastyczne reakcje pozwalają mieć nadzieję, że może wyrośnie nam kolejne pokolenie sprzymierzeńców ochrony przyrody.
/m./: Czy zdradzisz nam, gdzie są te miejsca blisko Łodzi, gdzie można zobaczyć bielika czy całe stada łań i jeleni, które widzimy na Twoich zdjęciach?
/M.S./: Odkrywanie tych miejsc zajęło mi dużo czasu i nie mogę ich zdradzić tak całkiem publicznie. Ne zrobię tego również dla dobra żyjącej tam zwierzyny [uśmiech]. Mówiąć poważnie, to i w mieście zdarzają się świetne obserwacje. Wystarczy wspomnieć kilkanaście boćków na stawach Stefańskiego, zimową wiosną 2013. W parku na Zdrowiu widywałem już sarny, które przechodziły z lasu na Brusie i liczne zające. Swoje gniazda i dziuple mają w nim kruki, dzięcioły czarne i zielone. Wiosną można posłuchać śpiewu słowika, a nad wodą czasami pojawiają się choćby czernice i głowienki. Zachęcam do ruszenia w teren. I zachęcam do otwierania oczu. Warto.
/m./: Dziękujemy za wszystkie informacje o sobie i o swoim świecie, które nam przekazałeś. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć Michała TUTAJ, które pokazują naszą łódzką przyrodę, blisko miasta.
 
Autorka wywiadu – Renata misia Stadnik
Korekta – Ewa Roślik
Pierwsza publikacja - styczeń 2014
parent menu item not found: "130"