Wierchomla, 7-10 października 2010

Ja wiedziałam, że tak będzie, ja wiedziałam…

W marcu 2010 zawiało mnie do Wierchomli, gdzie mój syn Michał miał wziąć udział w zimowych zawodach snowboardowych. Szukając noclegu w Internecie natknęłam się na schronisko Bacówka Nad Wierchomlą i nawet zarezerwowałam tam 2 miejsca w „apartamencie” z widokiem. Niestety, nie dane mam było wtedy dotrzeć do Bacówki, noc ciemna, śnieg po kolana, wyciąg nie działający po nocy… przespaliśmy na dole. Ale już wtedy nie spałam spokojnie, myśląc, że coś tracę… Moja intuicja mnie nie zawiodła, czem prędzej w maju wyruszyłam ponownie w to miejsce sprawdzić, czy faktycznie to miejsce ma potencjał…
Trafiliśmy tam drugi raz tuż przed falą powodzi, jakie miały ogarnąć nasz kraj kilkakrotnie. Zaczął się czas, kiedy chmury przykrywały to, co tak bardzo chciałam zobaczyć i co trwało potem prawie przez 3 miesiące, ale… ale na stronie schroniska widziałam zdjęcia, które dowodziły tego, że czasami można było podziwiać stamtąd panoramę Tatr. Decyzja była szybka, plener to wiadomo, ale kiedy? Niech będzie na jesieni. Padło na drugi weekend października. Potem zostało tylko rozesłanie wici po okręgach, foto-przyrodniczych grupach dyskusyjnych, portalach społecznościowych… i już 50 osób się zapisało. A miejsc tylko 40, ale wiadomą rzeczą jest, że wraz z terminem wpłaty zaliczki część ludzi się wykrusza, dlatego warto założyć margines, ten u mnie okazał się na 40%, czyli 20 osób z zapisanych na początku się nie stawiło, ale 30 osób, które dojechały i na pewno nie żałują, ja mam przynajmniej taką nadzieję.
Nawet dla mnie wjazd do schroniska w pierwszym dniu pleneru okazał się nie byle jakim przeżyciem. Był czwartek, 7 października 2010, pogoda jesienna, wręcz wymarzona fotograficznie. Co tu dużo pisać: złota polska jesień w klasycznym wydaniu. Kto żyw, jak tylko wjechał na górę łapał za swoje zabawki, bo od pierwszych chwil mógł „zdejmować” wypasione krajobrazy z panoramą Tatr. Jedyny mankament to taki, że potencjalnie KAŻDY będzie miał takie same zdjęcia… no, ale nikt oprócz naszej 30. nie będzie miał takich widokówek. Zaczęło się dobrze.
Trzeba przyznać, że Ktoś na górze bardzo nam pomagał przez cały czas pleneru, pomimo, że nic nikomu w ofierze nie składaliśmy. No, może jeden znany kolega, „zaklinacz złej pogody”, nie dojechał, ale wypisał się sam na własną prośbę. Spełniło się to, o czym marzyłam i co chciałam dla wszystkich. Z odległości prawie 100. km podziwialiśmy nieustannie panoramę Tatr, czy chcieliśmy tego czy nie, była z nami przez cały czas. Niedźwiedzia nikt nie zdołał zobaczyć, choć najprawdopodobniej kręcił się pod schroniskiem tydzień wcześniej, na Polanie Gwiaździstej jeleni nie widzieliśmy, choć niektórzy po nocy słyszeli porykiwania, pożegnaliśmy bacę z jego owcami, który po pół roku musiał wracać do domu i z czego był bardzo niezadowolony, a najważniejsze to to, że jak ktoś kiedyś trafi do Bacówki Nad Wierchomlą, to powinien na ścianach schroniska zauważyć ślad naszej jesiennej obecności w postaci galerii poplenerowej. I mam taką nadzieję spotkać się tam kiedyś z plenerowiczami raz jeszcze.
Renata misia Stadnik
 
 
parent menu item not found: "130"